Niedokończony scenariusz - lekcje wyciągnięte z tragedii
Therapify

Niedokończony scenariusz – lekcje wyciągnięte z tragedii

Za powstaniem Therapify kryją się dwie tragiczne historie.

Pierwsza to samobójstwo mojego najbliższego przyjaciela w 2015. Druga to historia taty Damiana, który także odebrał sobie życie tego samego roku.

Nie znaliśmy się wówczas, ale obie te zdarzenia zbliżyły nas do siebie 3 lata później.

Dziś opowiem Wam moją historię.

W 2015 roku studiowałem na AGH w Krakowie. Mieszkałem wtedy z moim ojcem chrzestnym — Sławkiem.

Sławek był reżyserem filmowym i telewizyjnym od dziesięciu lat. Jego reel możecie obejrzeć na vimeo: https://vimeo.com/118737544 

Dopiero co zerwał ze swoją dziewczyną po długim związku. A ja — powiedzmy, że nie najlepiej dogadywałem się z moimi ówczesnymi współlokatorami. Postanowiliśmy więc zamieszkać razem.

Zawsze odnosiłem wrażenie, że Sławek najlepiej mnie rozumiał z całej mojej rodziny. Pewnie też dlatego, że byliśmy do siebie podobni z charakteru i z wyglądu. Jedyną różnicą między nami było to, że Sławek był łysy, a ja nie. I póki co nie jestem.

Sławek był też naprawdę dobrym człowiekiem. Najlepszym, jakiego kiedykolwiek znałem. Serio, był świetnym gościem. Wielu ludzi go kochało. 

Na początku, w kwietniu 2015 roku wszystko układało się wspaniale. Wynajęliśmy mieszkanie na hipsterskim Kazimierzu w Krakowie. Spędzaliśmy mnóstwo czasu razem. Razem imprezowaliśmy, dużo rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, oglądaliśmy filmy, wymienialiśmy się książkami i jedliśmy dużo dobrego jedzenia (mimo że Sławek oficjalnie był wegetarianinem, wcinaliśmy mnóstwo żeberek i steków — sorry Leo).

Pomagałem nawet Sławkowi i jego przyjacielowi Marcinowi, który tymczasowo się do nas wprowadził, w pisaniu scenariusza ich nowego filmu “Snow Story” (bajkowa opowieść o fabryce śniegu w małym polskim mieście).



To było fantastyczne 100 dni. Wszystko zmieniło się pod koniec czerwca. 

Po dwóch miesiącach wspólnego pisania, Marcin wrócił do siebie do Warszawy. Krótko potem Sławek zaczął bardzo dziwnie się zachowywać.

Wszystko zaczęło się od “problemów z komputerem”.

Sławek twierdził, że ktoś włamał mu się do komputera. Krótko po tym przestał spać w nocy. Próbował polepszyć swój stan alkoholem. Jest taki mit, że alkohol pomaga na problemy ze snem, ale w rzeczywistości tylko je pogarsza. I tak było też w tym przypadku.

Odrzucał wszelkie propozycje pójścia do specjalisty, a wyperswadowanie mu, że te “ataki hakerskie” nie są prawdziwe, nie było możliwe. Sławek zawsze był bardzo uparty.

Jakiś tydzień później obudził mnie w środku nocy i podał kartkę, na której było napisane:
“W mieszkaniu jest podsłuch”. Oszołomiony, spojrzałem na niego i zapytałem: “Co do k…, Sławek? Przez chwilę myślałem, że może to mi się przyśniło, ale tej samej nocy znalazłem tę kartkę w koszu na śmieci.  Chwilę potem udało mi się zasnąć. Jednak Sławek obudził mnie o 7 rano — spakowany — i powiedział, że idzie do więzienia — wrobiono go w zabójstwo 2 dziewczynek i ktoś umieścił w naszym mieszkaniu narzędzie zbrodni. Był śmiertelnie poważny.
Powiedział, że dziewczynki uduszono sznurem. I to był pierwszy z wielu razy kiedy znalazłem w jego rzeczach sznur.
— Policja czeka na mnie na zewnątrz — powiedział.
Chciał wyjść z mieszkania, ale zmusiłem go, aby z powrotem położył się do łóżka.

Zasnął po tym na parę dobrych godzin, po raz pierwszy od wielu dni. Zadzwoniłem do mojego ojca (brata Sławka). Przyjechał do Krakowa z Warszawy tego samego dnia i zabraliśmy Sławka do szpitala. Dostał zastrzyk z Valium i inne leki do domu. Wieczorem Sławek wydawał się znowu być sobą i zdecydował, że nadszedł czas, aby sięgnąć po pomoc specjalistów.

Ci, z którymi spotkaliśmy się w sprawie Sławka stwierdzili, że halucynacje to jednostkowy epizod, który miał być wypadkową stresu, braku snu i nadmiernego picia.

Niedługo potem odkryłem, że to nie był to pierwszy raz, kiedy Sławka psychika nie wytrzymała.

Okazało się, że problemy Sławka narastały przez 10 lat.

Sławek zmagał się z depresją — jeden epizod za drugim — od początku lat 2000. Przez cały ten czas w ogóle nie leczył się, a ludzie, którymi się otaczał, zrzucali to na karb jego artystycznej duszy. Sławek wielokrotnie znikał nawet na dni. Pisał też dużo o samobójstwie w swoich scenariuszach i poezji. Niepokojące sygnały wysyłał regularnie od wielu lat. 

Było wiele powodów jego problemów psychicznych. Między innymi trauma z dzieciństwa i tragedie, jakie przeżył, zanim jeszcze został reżyserem. To były naprawdę trudne doświadczenia, ale nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że nigdy nie znalazł (ani nie szukał) specjalistycznej pomocy czy odpowiedniego wsparcia wśród rodziny i bliskich przyjaciół. Nawet jeśli próbował pokazać, że coś nie gra, to zawsze było ignorowane. Nie z braku empatii, lecz, według mnie, braku edukacji w zakresie zdrowia psychicznego. 

Przede wszystkim jednak Sławek ukrywał swoje cierpienie przed światem. A nie da się pomóc osobie, która nie chce Twojej pomocy. To takie błędne koło. 

Pod koniec lata Sławek wrócił do pracy w telewizji. Twierdził, że nie miał większych trudności, ale wkrótce odkryliśmy, że jego schorzenie tak się rozwinęło, że całkowicie stracił energię do życia. Pojawił się też u niego silny lęk przed utratą pracy ze względu na chorobę. Jego codzienna rutyna składała się z następujących kroków:

  • staraj się pracować w dzień,
  • staraj się przespać noc,
  • powtórz.
W pracy stawał się coraz bardziej nieefektywny. Pamiętam jak poprosił mnie o przeczytanie mu maili na głos, bo nie mógł się skupić na więcej niż kilku słowach w tekście. W domu praktycznie wegetował i czekał na kolejny dzień, który musiał przetrwać. Czasem chodził do baru. Wróciły też jego problemy ze snem. Spał jakieś 2-3 godziny na dobę. Stopniowo przestawał jeść, myć się i robić cokolwiek innego niż próbować dać sobie radę w pracy. Wkładał w to nadludzki wysiłek i przez to dodatkowo cierpiał.

Depresja uderzyła ze zwielokrotnioną siłą po wielu latach zaniedbań i odebrała Sławkowi zdolność wykonywania podstawowych czynności. Przezcały ten czas przynosiłem mu jedzenie, leki, zabierałem go w różne miejsca, zmuszałem, by wziął prysznic, czy poszedł na umówioną wizytę do specjalisty. Depresja, która w tym razem uderzyła – po wielu latach zaniedbań – już ze zwielokrotnioną siłą, może odebrać umiejętność wykonywania nawet tak podstawowych czynności.

Jakieś 3 dni później zadzwonił do mnie jego znajomy z pracy. Powiedział, że Sławek wyszedł z biura bez słowa, więc ten pojechał do niego do domu sprawdzić, czy nic się nie stało. Pukał i dzwonił, a Sławek nie odpowiadał. Byłem wtedy w swoim rodzinnym mieście, więc zacząłem do niego dzwonić, tak jak i cała rodzina. Otworzył drzwi 2 godziny później. Zemdlał po przedawkowaniu leków nasennych i cały ten czas leżał bez ruchu na podłodze. Wróciłem do Krakowa z początkiem roku akademickiego i takich sytuacji zaczęło zdarzać się coraz więcej. Znajdowałem też coraz więcej sznurów w domu.

Kilka razy szukałem Sławka po Krakowie ze strachu, że coś sobie zrobił, bo nie było z nim kontaktu. W październiku zupełnie przestał się myć i prawie nic nie jadł. Skłoniliśmy go, by wziął 3 miesiące urlopu. Nie było ku temu większych przeszkód. Okazało się, że zarówno współpracownicy Sławka, jak i jego szef bardzo go cenili i — w przeciwieństwie do jego obaw — darzyli go dużą sympatią bez względu na chorobę, z którą się zmagał.

Mimo to, sytuacja stawała się coraz bardziej krytyczna. Na tym etapie u Sławka zdiagnozowano poważną depresję kliniczną. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że Sławek powinien wprowadzić się do mojego taty do Warszawy.

Celem była zmiana otoczenia. Postawiliśmy mu jednak jeden warunek — miał zacząć brać leki regularnie. Odmawiał wtedy przyjmowania leków od jakichś pięciu miesięcy. Przystał na nasz plan i zamieszkał z tatą.

W listopadzie zaczął na nowo z farmakoterapią i psychoterapią. Przez jakiś czas wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Sławek dużo odpoczywał. Każdego dnia robił małe kroki naprzód i zaczynało już nam się wydawać, że najgorsze za nim. Mówił nawet o powrocie do pracy w Krakowie albo znalezieniu czegoś w Warszawie i zbudowaniu domu, w którym zamieszkaliby z moim tatą. Wszystko wyglądało dobrze przez kilka tygodni. Spotkaliśmy się w grudniu Warszawie. Dobrze się razem bawiliśmy. Sławek dobrze się trzymał. Codziennie zabierał mnie do Kebab Kinga (to było nasze miejsce), a w 5 dni obejrzeliśmy jakieś 10 filmów.

Mimo to, Sławek nie wyglądał już tak samo. Jego wzrok jakby przez cały czas gdzieś uciekał.

Miała miejsce też jedna dziwna rzecz. Zapytałem go czy nie potrzebuje czegoś z mieszkania w Krakowie. Poprosił mnie, żebym przywiózł mu jego buty desantowe, bo ostatnio polubił spacery w Lesie Kabackim, a bez odpowiednich butów było mu zimno w stopy. Więc to zrobiłem.

To właśnie te buty miał na sobie Sławek, kiedy po raz ostatni “poszedł na spacer”. Teraz wiem, że był w tak dobrym nastroju podczas mojej wizyty, bo zamykał wszystkie sprawy przed odejściem. Dowiedzieliśmy się później, że w ten sam niezobowiązujący sposób żegnał się z najbliższymi przyjaciółmi z Warszawy.

Sławek powiesił się w Lesie Kabackim 23. grudnia 2015 roku około godziny 14.

Byłem wtedy w drodze do mojego rodzinnego miasta na święta. Sławek był oczywiście zaproszony, a ja byłem całkiem pewien, że wpadnie do nas następnego dnia.



Po tym wszystkim praktycznie nie funkcjonowałem przez ponad pół roku. To był bardzo trudny czas. Po raz pierwszy od 17. roku życia przestałem pracować i szczerze nie wiem, jak udało mi się zdać drugi rok studiów. Pewnie dzięki jednemu z moich kolegów ze studiów, który przeciągnął mnie przez cały semestr. Nie wyobrażam sobie też, żebym mógł jakoś dać sobie z tym radę bez mojej rodziny i najbliższych przyjaciół.

To doświadczenie nauczyło mnie kilku rzeczy, którymi chciałbym się podzielić, szczególnie z osobami, które mierzą się z problemem choroby psychicznej w rodzinie: 

  • Nie obwiniaj. Jeśli jest jakaś rzecz, której żałuję, to fakt, że nie zrozumiałem na czas, z czym się zmaga Sławek. Pamiętajmy, że depresja to choroba, a złość i narzekania tylko pogarszają sytuację. Ponadto nie obwiniaj siebie, gdy Ci się nie udaje kogoś “wyciągnąć z choroby”. Ostateczny ruch zawsze leży po stronie osoby chorej. Możesz ją wspierać, ale ostatecznie to nie Ty podejmujesz za nią decyzje.
  • Udajcie się do specjalisty jak tylko zauważysz niepokojące objawy lub jeśli sytuacja wymyka się spod kontroli. W wielu przypadkach, takich jak Sławka, pierwsze symptomy pojawiają się wiele lat przed pełnym ujawnieniem się zaburzenia. Jest więc czas na odpowiednią reakcję. Jeśli leczenie wydaje się zbyt kosztowne, pomyśl, ile będzie kosztowała np. utrata pracy przez chorą osobę. Każdy wie, że nie da się samemu wyleczyć np. choroby serca. A depresja to choroba jak każda inna.
  • Bądź życzliwy dla innych. Ponad 10% populacji zmaga się z jakimś rodzajem zaburzenia psychicznego, więc całkiem możliwe, że trafisz, albo już znasz osobę dotkniętą problemem. Taka osoba może być nieco wrażliwsza niż inni, więc, dla pewności, bądź życzliwy dla innych.
  • Gdy pomagasz innym, nie zapominaj o sobie. Depresja indukuje. Pomaganie osobie chorej to czasem praca na pełen etat, więc staraj się zapobiegać jej negatywnym skutkom: sam udaj się do psychoterapeuty, wypróbuj grupy wsparcia, jedz zdrowo, uprawiaj sport. Kiedy samolot ma awarię, najpierw musisz nałożyć maskę z tlenem samemu sobie, a dopiero potem swojemu dziecku. W przypadku wspierania osoby psychicznej, jest bardzo podobnie.
Chciałbym też przekazać kilka lekcji, jakie dało mi to doświadczenie Tobie, jeśli sam zmagasz się teraz z problemami natury psychicznej:

  • Nie unikaj tematu, szukaj pomocy. Zacznij od najbliższej rodziny lub przyjaciela, którzy staną się Twoją kotwicą. Oni Cię kochają i chętnie Ci pomogą. NIE JESTEŚ DLA NICH CIĘŻAREM.  Zapomnij, że to słowo istnieje. Sławek je w kółko powtarzał, a my nigdy tak nie uważaliśmy. Nawet jeśli sytuacja jest bardzo poważna, druga osoba nie będzie tak uważać, jeśli jest Twoim przyjacielem. Zaufaj im — Twoich bliskich nie obchodzi, czy jesteś prezydentem, czy zbierasz śmieci. W życiu są ważniejsze rzeczy niż praca i pieniądze. Naprawdę.
  • Nie bój się brać antydepresantów i innych leków. Psychoterapeuci i psychiatrzy są po to, by pomóc — odpowiednie leki też mają takie zadanie. Często są niezbędne, aby móc wrócić do normalnego życia. Nie ma nic wstydliwego w zażywaniu ich — to po prostu odpowiedzialne, że leczysz swoje schorzenie.
  • Jest życie po depresji. Znam wielu ludzi, którzy mieli naprawdę ciężkie stany i okresy w tej chorobie — a teraz prowadzą naprawdę fajne życie. Nie ma co się wstydzić depresji — to schorzenie, jak grypa, czy złamana noga. Chory na depresję nie może np. pracować tak efektywnie jak inni, tak jak osoba ze złamaną nogą nie może biegać tak szybko, jak inni. Tyle. Zawsze pamiętaj — najgorsze minie, jeśli zdecydujesz się z tym walczyć. 


Mam nadzieję, że było to dla Was pomocne. Dla mnie chyba było.

Łukasz Pstrong

Pobierz Therapify już teraz

Dostępne na najbardziej popularnych platformach.
book demo modal

Pobierz Therapify

Nie pobieramy opłat od pacjentów.

Sprawdź cennik psychoterapeuty.
Brak opłat do 3 pacjentów.