wirus

Kto i dlaczego boi się technologii?

Dr Konrad Maj o digitalizacji jako szansie na przetrwanie obecnego kryzysu.

rozmowa
Epidemia koronawirusa zatrzymała świat, jaki znaliśmy do tej pory, i odmieniła nasz dotychczasowy sposób życia. Przymusowa kwarantanna błyskawicznie zmieniła to, jak wygląda nasze życie zawodowe, co niestety ma niebagatelny wpływ na wiele branż — w tym psychiatrycznej i psychoterapeutycznej — jak i na całą gospodarkę. Pojawiające się na rynku rozwiązania cyfrowe niejednokrotnie bywają jedyną szansą nie tylko na kontynuowanie pracy i nauki, ale także na ratowanie ludzkiego życia. Mimo tego wielu z nas odczuwa lęk przed wykorzystaniem ich w swoim codziennym życiu. Dlaczego? Czy rzeczywiście jest się czego bać? A może technologia jest dla nas szansą na przetrwanie obecnego kryzysu? Gdzie najbardziej jej potrzebujemy?

Na te pytania odpowiada dr Konrad Maj z Uniwersytetu SWPS w Warszawie — kierownik projektu HumanTech Meetings, inicjator oraz kierownik Centrum Innowacji HumanTech, które analizuje najnowsze trendy społeczne i technologiczne, przygotowuje ekspertyzy na podstawie wyników badań i wdrożeń innowacji, a także realizuje projekty we współpracy z biznesem w zakresie komercjalizacji wiedzy. W pracy naukowej i dydaktycznej dr Maj koncentruje się na zagadnieniach związanych z wpływem społecznym, psychologią mediów oraz innowacjami. Obecnie prowadzi badania w obszarze HRI (Human-Robot-Interaction).

Damian Markowski (Therapify): Czy technologia jest dla nas szansą na przetrwanie obecnego kryzysu?

Konrad Maj (Uniwersytet SWPS, Centrum Innowacji HumanTech): Myślę, że bez wątpienia. Wszyscy teraz doceniają technologię, bez niej nie bylibyśmy w stanie zrealizować wielu rzeczy, jak choćby tego wywiadu. Doceniają to na pewno media, gdyż w tej chwili są w stanie normalnie funkcjonować zapraszając swoich gości do rozmowy poprzez różne wideo-komunikatory. Również studenci i uczelnie mogą korzystać z tych rozwiązań. W przypadku uczelni mamy do czynienia z powrotem do łask rozwiązań e-learningowych. Już kilkanaście lat temu próbowano tej formy kształcenia i nie wyszło to zbyt dobrze, był to chyba jednak pewien falstart, nie było szybkich łączy, dobrych rozwiązań do komunikacji wideo, a laptopy z kamerki to nie była powszechność. Uczelnie nie były przygotowane do nauczania na odległość od strony infrastruktury sprzętowej oraz od strony kulturowej — zarówno studenci, jak i kadra — nie mieli doświadczeń i umiejętności w obsłudze platform e-learningowej. W efekcie uczelnie szybko się zniechęciły do wykorzystywania e-learningu. Teraz mamy powrót do tego rodzaju rozwiązań. I chyba dla wielu jest to pewien szok — zobaczyli, że wiele się zmieniło w zakresie e-nauczania, jest cała masa narzędzi, które pozwalają nawet na pracę warsztatową, w podgrupach, a stabilność łączy jest zdecydowanie większa niż to było kiedyś. Już 10 lat temu Amerykański Departament Edukacji opublikował raport na bazie artykułów naukowych, którego konkluzja może zaskakiwać: studenci uczący się online wypadali na ogół w wynikach lepiej od tych, którzy uczyli się twarzą w twarz. Z kolei w zeszłym roku w Medical Education Online opublikowano metaanalizę badań, z której wynika, że nie ma większych różnic w efektywności nauczania online i offline. 

Ale oczywiście nie tylko się uczymy teraz podczas kwarantanny. Dzięki technologii możemy komunikować się z bliskimi pomimo izolacji. Mówienie do ekranu to pewien substytut prawdziwych, bezpośrednich relacji, ale to zawsze coś. Technologia okazała się bardzo pomocna w trakcie ostatnich świąt wielkanocnych. Zaadaptowaliśmy ją na użytek tradycyjnych świątecznych spotkań przy stole. W wielu domach obok potraw stanął laptop, na których ukazywały się twarze członków rodziny. Być może nawet w wielu przypadkach śniadanie wielkanocne konsumowano w większym gronie niż zwykle. Dołączali do niego nawet przebywający bardzo daleko od nas, nawet gdzieś za granicą. Wcześniej nie przyszłoby nam do głowy, aby spędzać ten czas w ten sposób, a w tej chwili przekonaliśmy się, że jest to możliwe — oswoiliśmy się z technologią. Myślę, że jest to dla nas duża zmiana, ale chyba nie spowodowało to jakiejś wielkiej tragedii narodowej.

DM: Chciałem zapytać jeszcze o inne obszary niż zdalna komunikacja. Obecna kwarantanna bardzo mocno wpływa na poszczególne sektory gospodarki. Zatem w jakich obszarach potrzebujemy dziś najbardziej technologii? Gdzie jej wykorzystanie może przynieść największe efekty i najbardziej zminimalizować skutki pandemii koronawirusa?

KM: Obecnie wszelkie służby, które zajmują się walką z epidemią potrzebują technologii, choć nie wszyscy ją wykorzystują, i nie wszyscy zdają sobie sprawę z jej znaczenia. Można postawić pytanie – jak to się stało, że Chińczycy pozostali na poziomie 82 tysięcy zakażeń i przyrost nowych przypadków jest niewielki? Jak to się stało, że Korea, Tajwan czy Japonia tak szybko sobie z tymi problemami poradziły? Myślę, że odpowiedź jest po części w tym, że zaangażowano masę rozmaitych rozwiązań technologicznych — w przestrzeni publicznej i w szpitalach. Rozmaite roboty pozwalają na ograniczenie kontaktów międzyludzkich, wyręczają personel medyczny w wielu zadaniach, które mogą grozić zarażeniem. Warto wiedzieć, że u nas co 4 osoba zaraża się w środowisku medycznym — są to oczywiście lekarze i pacjenci. To każe wnioskować, że nie wykorzystujemy w odpowiedni sposób technologii, aby zabezpieczyć pracowników szpitali. W Chinach na olbrzymią skalę wykorzystano roboty do dezynfekcji  szpitali,  przerobiono również różne istniejące roboty. Wykorzystano również drony na masową skalę — transportują próbki do badań, leki czy też rozpylają środki dezynfekujące nad miastami. Zajmują się też informowaniem o zagrożeniach, wzywaniem ludzi, aby się nie gromadzili i rozeszli do domów. To przykłady, że chociaż często narzekamy na zbyt dużą obecność technologii w naszym życiu, to w walce z trudnym przeciwnikiem jest dla nas pomocnym sprzymierzeńcem. Myślę, że wynika to z tego, że zbyt często wykorzystujemy ją w sposób, który nas do niej zniechęca — nadużywamy oglądania telewizji, korzystania ze smartfona, uzależniamy się od niej i widzimy, że przynosi nam ona różne negatywne skutki. Twierdzę zatem, że problem nie tkwi w technologii samej w sobie, ale w tym, że wykorzystujemy ją zwykle nie tam, gdzie powinniśmy. Być może z tego powodu, gdy ludzie dowiadują się, że planuje się szersze zastosowanie technologii np. w medycynie, mają silne obawy i opory i mówią “za dużo tego wszystkiego, ta technologia jest już wszędzie”. Ale powiedzmy sobie otwarcie – roboty, i inne rozwiązania sztucznej inteligencji uratowały teraz pewną część istnień ludzkich. 

Być może konsekwencją naszego większego zanurzenia się w świecie wirtualnym będzie większe zdigitalizowanie naszego społeczeństwa, które zobaczy, że da się wiele rzeczy załatwić w ten sposób. Zdaje się, że zarówno na gruncie zawodowym, jak i prywatnym technologia zdalnej komunikacji bardzo nas do siebie przekonała, ale i pewnie ona się jeszcze bardziej rozwinie. Dla gospodarki może to być nowy impuls. Zapewne wiele firm dostrzegło, że może swoje produkty czy usługi oferować z dowozem. Banki czy różne urzędy zobaczyły, że można niektóre operacje przenieść na poziom zdalny bez wizyty w oddziałach. 

Ale odpowiadając jeszcze na pytanie: cały nasz przemysł potrzebuje większej automatyzacji i robotyzacji. W naszym kraju na 10 tys. pracowników przypada 36 robotów, w Korei Południowej jest ich 710, w Niemczech — 322. Nie da się być wydajnym i konkurencyjnym przy takim zacofaniu technologicznym. 

Rozwój technologii umożliwia też eliminacją wielu zbędnych procesów, skraca je. W czasie epidemii klikamy, a po 1-2 dniach idziemy odebrać produkt z paczkomatu kilka ulic dalej. To przecież rewolucja. Sami odwiedzamy w zasadzie jedynie sklepy spożywcze, ale i tu pewnie niebawem pojawią się różne usprawnienia. Przykładowo  w chińskich sklepach tosuje się rozwiązanie gdzie “płaci się” za pomocą przyłożenia dłoni do skanera czy uśmiechania się do kamery. Oczywiście taka technologia budzi pewne kontrowersje, ale te kwestie powinno się poddać szerokiej dyskusji.    

Ogromne są potrzeby w służbie zdrowia, w zasadzie to ona może nas uratować przed niedoborem personelu i katastrofą w obliczu różnych chorób cywilizacyjnych. W większości polskich szpitali wciąż mamy łóżka, które trzeba regulować samodzielnie lub z pomocą lekarza czy pielęgniarki. Są to czynności, które powinno się wykonywać z wykorzystaniem pilota. 

Warto inwestować w rozwiązania związane ze sztuczną inteligencją, big data, technologię HoloLens, telemedycynę, itd. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że w wielu przypadkach ludzie niepotrzebnie przychodzą do lekarza, a z kolei inni powinni się szybko pojawić, ale nie trafiają, albo przychodzą za późno. Uważam, że jest ogromna przyszłość przed wstępnym diagnozowaniem na odległość. Coraz lepiej mają się też prace nad monitoringiem zdrowia w czasie rzeczywistym: ciśnienie, EKG/ECG, pomiar poziomu cukru itd. Niedługo małe laboratorium każdy będzie mieć przy sobie, a lekarz będzie miał wgląd do danych na bieżąco. Jako ciekawostkę chcę powiedzieć, że istnieją już nawet muszle klozetowe, które są w stanie w warunkach domowych zrobić nam badania moczu czy kału.         

DM: Podał Pan bardzo dużą liczbę przykładów i dowodów pozytywnego wpływu technologii na nasze życie. Spotkałem się ostatnio ze stwierdzeniem mówiącym, że “polska psychiatria ambulatoryjna weszła w tryb online”. Pokazuje to, że również branża psychiatryczna i psychoterapeutyczna korzysta z tego typu rozwiązań. Mam jednak wrażenie, że wciąż wiele osób podchodzi do nich ze sceptycyzmem. Powiedziałbym wręcz, że u wielu osób pojawia się lęk związany z wykorzystaniem tych rozwiązań – zarówno wspomnianych robotów, ale także aplikacji, które umożliwiają kontakt międzyludzki w sferze prywatnej, zawodowej jak i medycznej. Czy z perspektywy psychologicznej jesteśmy w stanie znaleźć wytłumaczenie tego, skąd bierze się u nas ten “technologiczny lęk”?

KM: Rzeczywiście jest cała gama obaw przed technologią. Istnieje nawet taki termin “technofobia”, który oznacza irracjonalny strach przed techniką — przed komputerami, urządzeniami technicznymi. Graham C.L. Davey z uniwersytetu w Sussex mówił także o “robofobii”, tj. strachu przed urządzeniami związanymi ze sztuczną inteligencją. To jest irracjonalne. Myślę, że można wymienić co najmniej kilka powodów tego lęku. Jeden z nich może dotyczyć tego, że boimy się technologii, bo nie do końca rozumiemy jak ona działa, zastanawiamy się czy ona jest bezpieczna. W tej chwili są olbrzymie dyskusje na temat technologii 5G, w których często słyszymy totalnie irracjonalne powody i różne teorie spiskowe, które mają zanegować jej zastosowanie. 

Widać wyraźnie, że ludzie boją się tego, co nieznane. Czasami nawet, gdy zwykły pilot do telewizora nas denerwuje, zaczynamy narzekać na technologie, ale rzadko przyznajemy, że to może wina jakichś naszych złych operacji i braku kompetencji, wolimy powiedzieć: “co za złom”, “to jest popsute” “nieprzydatne”, itd. Częste narzekanie może wywoływać negatywne odczucia i niechęć do wszelkich technologicznych nowinek. Wiele osób stresują różne urządzania, część jest przekonana, że generują one różne szkodliwe promieniowania, część obarcza je winą za swój gorszy nastrój czy choroby. 

W przypadku robotów sprawa jest jeszcze bardziej złożona. Obawiamy się tego, co przejawia zachowania podobne do nas samych, zachowania inteligentne. Mamy przekonanie o unikalności natury ludzkiej i obawiamy się, że świat robotów nam zagraża, jest zbyt mocno sprzężony z nami samymi. W literaturze naukowej mówi się o efekcie “Doliny niesamowitości”, w uproszczeniu – negatywnej  postawy w stosunku do robotów humanoidalnych, bardzo podobnych do ludzi. Roboty takie często wzbudzają odrazę. Obawiamy się również “cyborgizacji” ludzkości, tego że technologia stanie się częścią nas samych, a granica między nami a technologią będzie się zacierać i się w tym pogubimy. Na ten temat są olbrzymie dyskusje etyczne. 

My jako kraj jesteśmy bardzo oporni w zakresie implementacji nowych technologii i sam to sprawdzałem w swoich badaniach. Okazuje się, że mamy szereg oporów i niewiedzy na temat sztucznej inteligencji i robotyki. W naszych badaniach wyszło, że większość nie akceptuje robotów w takich zawodach jak żołnierz, strażak czy lekarz, czyli w zawodach trudnych,  niebezpiecznych, gdzie często występują deficyty. To daje do myślenia.  Myślę, że to jest kwestia wejścia w naszym kraju na wyższy poziom kompetencji w tym zakresie. Aby się nieco uspokoić powinniśmy przyjrzeć się doświadczeniom innych krajów. Nie powinniśmy wciąż mówić tylko o zagrożeniach. Powinniśmy zastanowić się jak najlepiej wykorzystać zdobycze współczesnej cywilizacji, mając na uwadze ewentualne szkody. 

DM: Rozmawialiśmy do tej pory głównie o samych pozytywach technologii i jej wykorzystania, a chciałbym zapytać o tę drugą stronę. Co jest dla nas w tym momencie największym zagrożeniem związanym z technologią? Czy jest to ryzyko niekontrolowanego wycieku, kradzieży czy też sprzedaży naszych danych bez naszej zgody, o czym wielokrotnie słyszymy np. w kontekście Facebooka? A może snuta w wielu filmach science-fiction wizja przejęcia kontroli nad człowiekiem przez sztuczną inteligencję? 

KM: Co do możliwości wycieku danych, to warto zauważyć, że mamy miliony przeróżnych aplikacji na całym świecie, tysiące komputerów, robotów itp., a przypadki wycieku danych należą mimo wszystko do rzadkości. Nie słyszeliśmy o jakiś aferach związanych z twórcami aplikacji pomocowych, psychologicznych czy medycznych, aby dopuścili się oni zachowań nieetycznych. Za to ostatnio mieliśmy np. do czynienia z poważnym błędem ze strony Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, w wyniku, którego wyciekły dane osobowe wielu sędziów i prokuratorów, już teraz wiemy, że stał za tym człowiek, a nie system informatyczny był dziurawy.  

Nie oznacza to oczywiście, że bagatelizuje cyberbezpieczeństwo różnych appek, ale to w interesie ich twórców jest strzeżenie tych danych i motywacja do zabezpieczeń jest tu chyba duża. 

Są również inne znane dobrze skutki pewne negatywne strony używania technologii – gdy jest ona nadużywana. Technologia daje nam coś, ale jednocześnie odbiera – czas, kontrolę, decyzyjność, rozprasza nas, uzależnia itd. Zdarza się tak, że ktoś nie jest w stanie wytrzymać nawet 5 minut bez spojrzenia na ekran swojego telefonu. To jest współczesna choroba, która niektórzy nazywają zabawnie “smartficą”. Ludzie, potrafią się zagubić w świecie technologii, ludzie, którzy przedawkują kontakt ze światem wirtualnym mogą wymagać nawet interwencji psychologicznej i zastosowania “cyfrowego detoksu”. Na szczęście biologicznie jesteśmy tak zaprogramowani, że większość potrzebuje kontaktu z prawdziwym człowiekiem. Jeśli pośrednikiem jest szklany ekran, to jedynie do pewnego stopnia nas to zadowala. 

Ale są jednak sytuacje, gdy jest to jedyna forma kontaktów z szerszą grupą osób, mówię tu o osobach, które mieszkają w mało zurbanizowanych miejscowościach, samotnych, poszukujących nowych relacji czy też wsparcia psychologicznego. Małe miejscowości mają to do siebie, że wszyscy się znają. Skorzystanie z usług psychologa czy psychoterapeuty wywołuje czasami niezręczność czy obawę o to, że ktoś się o tym dowie. Kontakt na odległość pozwala na to, że możemy skorzystać z usług osób, które mieszkają nawet w innej części świata. Co więcej, są też badania, które wskazują na to, że ludzie potrafią powiedzieć więcej i być bardziej szczerzy w takiej wirtualnej relacji. Powód jest jasny — w sytuacji twarzą w twarz mamy większe obawy przed oceną, i stąd tendencja do przedstawiania siebie w nieco podkolorowany sposób. Okazuje się, że ludzie nawet w stosunku do lekarzy nie są szczerzy – chcą usłyszeć, że wszystko jest w porządku i można pójść do domu. Natomiast kiedy mamy kontakt mediowany przez technologie, to potrafimy być bardziej otwarci i i swobodniejszy. 

DM: Czy w takim razie możemy powiedzieć, że technologia sama w sobie nie jest ani dobra ani zła, ale może zostać wykorzystana przez człowieka w dobrym lub złym celu?

KM: To właśnie chciałem wyrazić. Technologia wciąż powinna służyć ludziom, uzupełniać i wspierać kontakty międzyludzkie, a nie je zastępować. Wszystko sprowadza się do pytania jakie zabezpieczenia zastosować? W przypadku robotów nikomu na ten moment nie przychodzi do głowy, aby one miały tzw. “płodność”, tj. aby mogły się kopiować nawzajem i nie sądzę, aby w najbliższych latach do tego doszło. Dlatego myślę, że nie ma co się obawiać tego, że one nagle zapanują nad światem. 

Niestety przez filmy science-fiction inteligentne maszyny zaczęły nam się kojarzyć z obiektami nieprzewidywalnymi i bardzo groźnymi dla nas. A przecież to my je programujemy — ich moralność jest odzwierciedleniem naszej moralności. Ich zachowania są odbiciem naszych potrzeb. Powinniśmy może zatem pracować nad osobowością i sposobem myślenia programistów i konstruktorów. To nie technologii powinniśmy stawiać wymagania, ale tym, którzy ją projektują.

DM: Kwarantanna sprzyja także dużemu wzrostowi zainteresowania aplikacjami mobilnymi przeznaczonymi do pracy nad sobą – nad kondycją fizyczną, swoją dietą czy też zdrowiem psychicznym. Na co najbardziej powinniśmy uważać w kontekście korzystania z szeroko rozumianej technologii – poruszania się po internecie, korzystania z aplikacji mobilnych?

KM: Rzeczywiście rynek aplikacji jest ogromny. I nie ma się co dziwić, dlatego że aplikacje możemy ściągnąć na swój telefon i korzystać z niej w dowolnym miejscu. Jak wiadomo ludzie zapominają często o jakichś zachowaniach, nawykach, które chcą zmieniać. Technologia może stanowić tutaj swego rodzaju przypomnienie, możemy uruchomić sobie jakiś program, który nas pokieruje w trudniejszych momentach — gdy jesteśmy w tramwaju, czy na ulicy. W trudnych chwilach, gdy ludzie mają różne rozterki czy też potrzebują nagłej pomocy, mają de facto w kieszeni osobistego coacha czy terapeutę. To jest bardzo wygodne rozwiązanie i stanowi zapewne główny powód popularności różnych appek pomocowych, oprócz oczywiście niskich kosztów ich użytkowania. 

A na co powinniśmy uważać? Myślę, że trzeba zacząć od tego, że twórcy tych aplikacji powinni bazować na ugruntowanej wiedzy, czyli mówimy tutaj o podejściu evidence-based. Jeśli tak jest, że dane rozwiązanie jest opracowane we współpracy ze specjalistami, to jest to pewna gwarancja, że nie zrobimy sobie krzywdy. Porady bywają bardzo różnej jakości i trafności, przy czym dotyczy to również tych udzielanych  twarzą w twarz. Jeśli np. jakiś coach czy trener nie ma kwalifikacji i doświadczenia, a jest konsultantem dla programu w aplikacji coachingowej to widzę tu pewne zagrożenie. Zatem jeśli miałbym coś poradzić, to aby na początku zorientować się na jakiej podstawie dana aplikacja została utworzona — czy były wykonane z nią odpowiednie i rzetelne badania naukowe, czy jest jakaś aktualizacja wiedzy w tej aplikacji, czy została skonsultowana z ekspertami. Warto też sobie zadać pytanie czy dane rozwiązanie wirtualne czy mobilne jest dla mnie? Niektórzy nie potrafią funkcjonować bez bezpośredniego kontaktu, a inni sobie z tym dobrze radzą. No i pozostaje kwestia funkcjonalności, na ile zaspokaja ona nasze potrzeby, co oferuje, na ile jest spersonalizowana, intuicyjna, czy możemy śledzić i monitorować nasze postępy, itd. Myślę też, że aplikacja nigdy nie powinna być narzędziem uzależniającym od tego co nam ona daje, ale dać nam też podmiotowość i pozwolić się od niej w każdej chwili uwolnić. Jeśli poszukujemy aplikacji w celu wsparcia w rozwiązywaniu określonych problemów, to nie zapominajmy też o bezpośrednim uzyskiwaniu bezpośrednio od psychologa, coacha czy terapeuty – wówczas korzystamy z tego, co jest najlepsze w aplikacji, ale czerpiemy też z dobrodziejstw bezpośredniego kontaktu, co jakiś czas. 

DM: Czy zatem obecna sytuacja ma szansę na stałe zmienić nasze podejście do technologii i pokazać, że to nic strasznego?

KM: Na ten moment wszelkie dyskusje i negatywne komentarze co do technologii zostały  zawieszone. Wszyscy przestali narzekać na telefony komórkowe i internet, bo możemy rozmawiać, zamawiać zakupy, itd. Być może obecny czas to jest swego rodzaju renesans zdalnej komunikacji ze światem. Myślę, że na pewno firmy zauważyły, że ich efektywność w wielu przypadkach nawet się podniosła. Pamiętajmy, że pracownik, który wychodzi z domu, jedzie do pracy przez pół miasta może być już zmęczony zanim rozpocznie pracę. A będąc w domu możemy organizując poranne obudzić się 10 minut wcześniej. Jesteśmy zatem teraz bardziej wyspani, nasze umysły są przez to bardziej świeże, bo nie tracimy czasu na na jakieś zbędne działania. Ile czasu marnujemy codziennie na operacje typu otwieranie biura, odbijanie karty czy logowanie się do systemów? Oczywiście, będąc w domu możemy również doświadczać pewnego spadku efektywności — kiedy nie możemy w sposób realny w dużej grupie się spotkać, ale z drugiej strony mamy też wzrost efektywności z powodów, które wymieniłem. Prowadząc zajęcia ze studentami widzę, że oni są wręcz idealnie punktualni, rozmowy są bardziej intensywne i ciekawe — nie ma takich oporów, żeby się wypowiadać. Nie ma też tego klasycznego efektu związanego z przebywaniem w sali — gdy ktoś się zgłosi do wypowiedzi, to boi się tego, że zaraz zostanie “oświetlony” spojrzeniami innych niczym potężnym reflektorem. Nawet jeśli ktoś jest trochę nieśmiały w publicznych wystąpieniach, to tutaj ma szansę na wyrażanie swoich poglądów.  

W tych czasach pracownicy i pracodawcy oswajają się z technologią. Być może to spowoduje, że wiele firm po epidemii przejdzie częściowo na pracę zdalną. To doświadczenia pokazało wielu firmom, że biura mogą się przenieść do naszych domów.  Niewykluczone, że uczelnie dojdą do wniosku, że wykłady od teraz odbywać się  będą online, a jedynie ćwiczenia czy warsztaty w formie bezpośrednich spotkań. Nie ma aż takiej dużej różnicy pomiędzy tym czy słuchamy kogoś w sali czy siedząc w domu przed komputerem. Na pewno będzie to moment refleksji i analizy – wszyscy policzą sobie koszty oraz efektywność. To wszystko pozytywny efekt uboczny koronawirusa.  

Pobierz Therapify już teraz

Dostępne na najbardziej popularnych platformach.
book demo modal

Pobierz Therapify

Nie pobieramy opłat od pacjentów.

Sprawdź cennik psychoterapeuty.
Brak opłat do 3 pacjentów.